Będę dziś do bólu szczery. Musiałem odchorować finał Ligi Mistrzów – od dziecka jestem kibicem Juventusu Turyn. Kibic od kołyski. Jeszcze nie lubiłem piłki nożnej, a moim ulubionym klubem byli ,,Biało – Czarni”. Być może to oznaka obłędu, ale wierzyłem że Barca jest do ogrania. Wierzyłem, że posiadając lepszego bramkarza, obrońców i pomocników, a słabszy atak można wygrać tak ważny mecz jak finał LM. Niestety piłkarze ukochanego zespołu okazali się tylko ludźmi. Zwykli śmiertelnicy z Barceloną wygrać nie mogą.
Potrzebowałem czasu, aby dojść do siebie. Zaowocowało to totalnym odpuszczeniem Copa America i zagłębieniu się w biografię Andrei Pirlo ,,Myślę więc gram”. Generalnie już sam tytuł przykuwa uwagę. Piłkarz piszący o tym, że myśli to już coś niespotykanego. Jednak taki jest właśnie Pirlo. On jest uosobieniem myśli dotyczącej futbolu. Jest to jeden z niewielu piłkarzy u których podczas gry widać proces myślowy. Zwykle widać automatyzm odruchów, wyuczone (wytrenowane) zachowania. Coś czego spokojnie można nauczyć małego pieska.
Z Pirlo było inaczej, u niego było widać myśl. Na boisku zdawało się, że nigdy nie wykonuje niepotrzebnych ruchów. Zawsze jest tam gdzie powinien i kiedy powinien być. W jego przypadku nie dochodziło do niepotrzebnego wydatku energetycznego. Andrea na boisku był do bólu ergonomiczny.
Szefostwu i sztabowi szkoleniowemu Juve pozostaje żałować, a Amerykanom się cieszyć. Pirlo jest już zawodnikiem New York City. Piłka nożna w tamtym zakątku świata dynamicznie się rozwija. Amerykanie chcą się uczyć, mają na to środki i co ważne coraz częściej mają od kogo. Bóg pobłogosławił Major League Soccer i jej sympatyków – podarował im największy piłkarski dar. Tym darem jest Andrea Pirlo.
